Gdy poznamy już główne zabytki tej największej chińskiej metropolii, przejdziemy się promenadą Bund czy wjedziemy na najwyższe piętro Perły Orientu, warto zejść z utartego turystycznego szlaku i posłuchać jak bije prawdziwe serce Szanghaju. Zobaczymy wtedy, że życie miasta toczy się niezmiennym od lat rytmem wyznaczanym przez pory dnia i codzienne zajęcia mieszkańców.

Każdego poranka na głównej promenadzie Szanghaju, biegnącej wzdłuż rzeki Huangpu odbywa się medytacja Tai-Chi. Setki postaci ubranych w jedwabne, błyszczące stroje odgrywają na tle wchodzącego słońca hipnotyczny spektakl. Ich ciała poruszają się w zgodnej sekwencji ruchów, doskonalonej przez lata pod uważnym okiem mistrzów Tai-Chi. Barwne wachlarze dodają w tańcu lekkości a rzewna chińska muzyka sprawia, że scena nabiera filmowego charakteru. Jej naturalną scenografię stanowią nowoczesne wieżowce dzielnicy Pudong i barki płynące po rzece, odbijającej pierwsze słoneczne promienie. Satynowe złociste światło wyraźnie podkreśla sylwetki tańczących.

Tai-Chi

„Poranne sesje Tai-Chi to bardzo popularny i ważny element w rozkładzie dnia Chińczyków. Oczywiście nie każdy przyjeżdża na promenadę Bund, ważne jednak jest, aby ćwiczyć w grupie, na świeżym powietrzu. Tak umacniamy lokalne więzi i poczucie przynależności społecznej. Istotny jest też dla nas element samodoskonalenia i treningu, dlatego w Chinach darzymy mistrzów Tai-Chi są wyjątkowym szacunkiem” – opowiada David, nasz przewodnik. David naprawdę nazywa się Xu-Juyan, lecz obecnie, jak każdy młody Chińczyk mający kontakt z turystami, przyjął drugie, zachodnie imię.

Poruszanie się po mieście

Po porannej gimnastyce, Szanghajczycy ruszają do pracy. Samochody, autobusy, rowery i skutery wszelkiej maści płyną ulicami miasta, jak morskie fale. Panuje zasada: im większy, tym ważniejszy. Piesi będący na samym dole tego transportowego łańcucha pokarmowego, nie mają żadnych praw i muszą bardzo uważać na pędzące na czerwonym świetle pojazdy. Władze Szanghaju, 24-milionowej metropolii, w obawie przed rosnącym zanieczyszczeniem powietrza wprowadziły zakaz posiadania motorów i skuterów spalinowych, lecz przez to piesi znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Skutery wprawdzie nie trują już środowiska, lecz poruszają się bezszelestnie, nierzadko więc pieszy nie ma szansy zauważyć nadjeżdżającej maszyny. Najgorzej, gdy kierowcy oszczędzają na kosztach prądu i nie włączają w nocy świateł pędząc w ciemności bezszelestnie po ulicach i chodnikach. „Trzeba mieć włączony szósty zmysł i zachowywać nieustanną czujność, aby uniknąć wypadku” – ostrzega David.

Sami kierowcy też nie są jednak bezpieczni. Nie ma mowy o zakładaniu kasku, nawet gdy na skuterze jedzie cała rodzina z dzieckiem. Co bardziej pomysłowi montują na skuterach instalację gazową, co wiąże się z wożeniem butli na bagażniku. Samochody posiadają jedynie najbogatsi mieszkańcy, gdyż zakup rejestracji odbywa się na zasadzie aukcji, a wylicytowane ceny osiągają ostatnio równowartość 50 tys. złotych.

Targ w Szanghaju

Podczas gdy jedni dojeżdżają do pracy, gospodynie domowe ruszają na targ. Codzienny domowy obiad składa się z co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu dań. Jest więc nad czym popracować. Lokalne targi są bardzo popularne wśród okolicznych mieszkańców, sprzedawcy i kupujący często znają się od lat.

Teren targu wyraźnie dzieli się na kilka stref: warzywno-owocową, mięsno-rybną i budki z miejscowym fast-foodem. Sprzedawcy pieczołowicie układają liczne odmiany kapusty i wszelkiej zieleniny w symetryczne stosy. Zachwalają za kolorowych pagórków swój towar i zachęcają do próbowania. Fioletowe ogórki, różowa rzepa, czarne ziemniaki, włochate bulwy – trudno rozpoznać znajome gatunki. Owoce we wszelkich odcieniach czerwieni, pomarańczy i złota kontrastują z soczystą zielenią. Oczywiście jest i ryż, fasola oraz liczne odmiany suszonego makaronu, najczęściej przygotowywanego na miejscu. Każdy się targuje, przygląda, waży w ręku, cmoka, panuje zgiełk i harmider. Strefa mięsno-rybna dostarcza wizualnych przeżyć wyłącznie dla osób o mocnych nerwach, widać sceny jak z „Frankensteina”: suszone ryby leżą obok krowich żołądkow, „stuletnie” jaja obok świńskich uszu a żywe kury, gęsi i kaczki patrzą smutno i czekają na swoją kolej.

Dalej stoją dzbany z aromatycznym winem z prowincji Shao-xing oraz stoiska z gotowym jedzeniem – smażony makaron, zupy w kociołkach, naleśniki z warzywami, słodkie placki, sezamowe słodycze. Kucharze kroją, mieszają, podlewają tłuszczem. Bucha para, wszystko skwierczy i smakowicie pachnie, nad talerzami migoczą w ciągłym ruchu pałeczki. Kiedy zostajemy zaproszeni na obiad w szanghajskim mieszkaniu, korzystamy z okazji, aby spróbować prawdziwej domowej kuchni.

60-letnia Xu-ji, kupiła właśnie „pok choi”, bardzo tutaj popularną, chińską odmianę kapusty oraz owoce. Na obiad będzie zupa, pierożki dim sum z mięsem i kapustą oraz krewetki a na deser banan w cieście.

„To nie jest typowo chińskie danie, ale wiem, że zachodni turyści bardzo to lubią” – śmieje się Xu-ji.

Wspólne gotowanie

Droga do jej mieszkania prowadzi przez osiedle niewysokich bloków, do złudzenia przypominających polskie budynki. Uwagę przykuwają suszarki do bielizny przymocowane prostopadle do balkonów, przez co każdy blok wygląda jak centrum nadawcze naszpikowane antenami radiowymi. Xu-ji mieszka w trzech skromnie urządzonych pokojach razem z mężem i dorosłą córką, jednak ich życie, jak każdej chińskiej rodziny, skupia się w jadalni i kuchni. Gospodyni uwija się przy kuchence, obiera warzywa, kroi mięso, po czym wykłada na stół stolnicę i zaprasza do wspólnego lepienia pierożków przypominających kształtem malutkie sakiewki. Pokazuję jej, jak lepi się nasze pierogi i w ten sposób bez słów nawiązujemy polsko-chińskie porozumienie. Nic tak nie potrafi zjednoczyć, jak wspólne gotowanie!

Obfity posiłek nie może obejść się bez świetnie regulującej trawienie zielonej herbaty, którą w Chinach parzy się w wysokich wąskich szklankach. Najszlachetniejsza lokalna odmiana to Longjing, czyli Źródło Smoka. Delikatne długie listki zalewane wodą o temperaturze do 85 C opadają pionowo na dno i układają się w kształt podwodnego lasu. Napar ma bardzo intensywny aromat i wyrazisty, szlachetny smak. Dlatego używa się go do wielu potraw, w tym nawet lodów.

Lecznice

W poszukiwaniu lokalnego kolorytu zawsze warto wybrać się do miejscowej lecznicy. Ta tylko z pozoru przypomina typową polską przychodnię. Uśmiechnięta pielęgniarka wita przy wejściu i kieruje do gabinetu akupresury, gdzie David wchodzi bez pukania. W gabinecie, wśród oparów papierosowego dymu stoi łóżko, na którym z odsłoniętymi plecami i pośladkami leży kobieta w średnim wieku. Lekarz o wyglądzie Dzyngis-Hana gasi niedopałek i roztargnionym wzrokiem wodzi po niespodziewanych gościach. „Do you want to take a photo?” pyta David.

Piętro wyżej odbywają się sesje akupunktury. W tym momencie nie ma pacjentów, ale wzrok przyciąga spory metalowy pojemnik z plątaniną igieł i pożółkłych rurek. David pyta, czy na pewno nie chcemy poddać się zabiegowi.

Na końcu budynku znajduje się ogromna sala zapełniona rzędami ponumerowanych krzeseł. Do każdego z nich przymocowany jest stojak z kroplówką. Chorzy przychodzą tu na krótkie posiedzenia, w zależności od tego, co przepisze lekarz. Każdy cierpliwie siedzi ze swoją butlą i zabija czas czytając gazetę lub rozmawiając przez komórkę, jak w prawdziwym kroplówkowym McDonaldzie!

Późnym popołudniem w parku Fuxing grupa mężczyzn zgromadzona wokół kamiennej planszy żywo dyskutuje nad rozgrywką Madżonga, podczas gdy starsze panie plotkują na ławeczce przy robótkach ręcznych zerkając na gromadę dzieci bawiących się przy fontannie. Z głośników dobiega „Macarena”, w rytm której pary i soliści ćwiczą układy tańca. Miłośnicy zwierząt przychodzą tu na spacer ze swoimi pupilami: psami, ptakami w klatkach a nawet…. świerszczami! Bardzo popularne zawody świerszczy w skakaniu to gwarancja licznej publiki i gorących emocji.

„Parki są wspaniałym miejscem do obserwacji codziennego życia mieszkańców. To teren wymiany najnowszych plotek, tu można pochwalić się nowym nabytkiem czy prowadzić interesy. Każdy porządny park ma nawet swoją swatkę!” opowiada David.

Medytacje, parki, lokalne przychodnie, szkoły, miejscowe targi… to sposób na odkrywanie każdego miejsca na świecie.

Może zamiast Tai-Chi wybierzemy się na jogę, zamiast pierożków zjemy burrito a herbaciarnię zamienimy na kawiarenkę, lecz w pamięci pozostaną nam żywe obrazy i przeżyte przygody.

Newsletter

baner zachęcający do wyjazdu do Kolombo
[instagram-feed num=4 cols=3 num=9 showfollow=true buttontext="Pokaż więcej zdjęć" [instagram-feed followtext="Obserwuj na Instagramie"]

Popularne wpisy